bibuła milanowska

jesteśmy blisko ludzi

Usuwanie reklamowego śmietnika w Milanówku idzie wyjątkowo opornie. Jak na sporo podpowiedzi ze strony zaangażowanych w sprawę mieszkańców i organizacji społecznych, oraz ilość tekstów, które na ten temat zamieściła Bibuła, to sprawa stoi w miejscu. Od dwóch lat toczą się czcze dyskusje, w których nie zapadł żaden konkret. Miasto zastanawia się, czy przyjąć wariant bydgoski, czy łódzki, a tym czasem w mieście przybywa reklamowych cerat. Pojawia się więcej tych wielkogabarytowych, agresywnych, anektujących wspólną przestrzeń, wznoszących się ponad płotami, lub stojących w pasach drogi. W mieście wiszą banery reklamujące firmy już nieistniejące, lub działalność, której dawno nie ma, jak ta, wisząca do niedawna, na przeciwko przedszkola przy Fiderkiewicza, wprowadzająca w błąd informacją o działaniu klubo-kawiarni Mała Kawka, która nie istnieje od lat.

Część banerów poznikała z prywatnych ogrodzeń, owszem, ale jest to bardziej skutek działań oddolnych mieszkańców, niż zasługa gminy. Zniknęła z dużym oporem część cerat (część, nie wszystkie) z ogrodzenia szkoły przy Żabim Oczku. Inne placówki jakoś lepiej rozumiały, że szkolny płot nie jest miejscem do reklamowania prywatnych firm. To nie jest już kwestia poczucia estetyki, ani też przyzwoitości w odniesieniu do tego, co przystoi w mieście ogrodzie, a co nie, tylko kwestia przepisów i prawa. W oczyszczaniu miasta z reklamowego śmietnika nie został przyjęty żaden system. Służby miejskie nie pozdejmowały reklamowych cerat z miejsc, w których ewidentnie zostały powieszone bez jakiejkolwiek zgody. Miasto nie zwróciło się do Inspektoratu Nadzoru Budowlanego w celu sprawdzenia pozwoleń na postawienie wielkogabarytowych reklamowych konstrukcji, coraz nachalniej atakujących przestrzeń. Miasto wogóle nie zwróciło się do mieszkańców z informacjami o nowych przepisach, obligujących do sprzątania z przestrzeni publicznej reklamowego śmietnika i do tej pory nie zaoferowało reklamodawcom niczego w zamian. Zwracający się do nas mieszkańcy są ciekawi kiedy straż miejska zacznie sprawdzać, czy właściciele udostępniający ogrodzenia w strefie ochrony konserwatorskiej mają pozwolenia od konserwatora na powieszenie na nich reklam. Władza miasta działa na szkodę gminy, nie tylko aprobując śmietnik, ale rezygnując z dochodu, który z tytułu wynajmowanej powierzchni mógłby trafić do miejskiego budżetu. Gdzie leży przyczyna tego, że inne gminy potrafią poradzić sobie z tym problemem, a my nie? Poradziła sobie Łódź, Kraków i mnóstwo mniejszych miast. Opracowały szczegółowe programy, ujednoliciły reklamy, kolorystykę, wprowadziły wzorce obowiązujące wszystkich reklamodawców. Niektóre nawet zakazały wyklejania witryn, zasłaniającego całe sklepowe wystawy. Instytut Dziedzictwa Narodowego stworzył instruktarzowy film przeznaczony dla samorządów. Oczywiście oglądają go władze tych gmin, które są zainteresowane pozytywnymi zmianami, a nie bezradnym rozkładaniem rąk. Zamiast dywagować z wariantu którego miasta skorzystać, to najlepiej wziąć przykład z Podkowy. Będzie bliżej, prościej i taniej. Milanówek jest takim miejscem, w którym powinna dominować zieleń i architektura a nie ceraty. I jeśli ktoś tego nie rozumie (a działa w obszarze estetyki miasta) to niech zmieni zawód. Czekamy kiedy czcze dyskusje o posprzątaniu