bibuła milanowska

jesteśmy blisko ludzi

    „Budżet” to słowo z tej samej rodziny wyrazów co „DNA” czy „turbosprężarka”. Jeśli kogoś pytamy, czy wie co te określenia znaczą, zawsze widzimy ekspercki uśmieszek politowania nad „oczywistą-oczywistością” zawartą w naszym pytaniu. Ale jak zaczynamy dopytywać szczegółowo, to większość min rzednie i zderzamy się z plątaniną określeń, mających w większości przypadków niewiele wspólnego z rzeczywistością.

W gorącym, wyborczym okresie słowo „budżet” krąży na karuzeli obietnic w towarzystwie takich rzeczowników, jak „inwestycja”, „dotacja”, „modernizacja”, etc. Większość z nas, na spotkaniach z politykami, samorządowcami nie prosi o doprecyzowanie tych znaczeń. Ludzka natura jest taka, że obawa przed ośmieszeniem się, jest w nas silniejsza niż chęć zrozumienia przedmiotu rozmowy. A szkoda, bo właśnie dociekliwość wyborców jest tym, czego politycy obawiają się najbardziej.

W najprostszym ujęciu budżet to zestawienie planowanych dochodów i wydatków danej jednostki. Celowo używam sformułowania „jednostka” bo pewne stałe zasady planowania i wykonania budżetu obowiązują wszędzie – bez względu na to, czy mówimy o budżecie Państwa, gminy, firmy czy naszego gospodarstwa domowego. W każdym z tych przypadków musimy porównać ze sobą to, na co chcemy wydać pieniądze, z tym, ile będzie to kosztowało i skąd na to wszystko weźmiemy. Na co chcemy wydać pieniądze, to rzecz najprostsza. Wydawać z nas każdy potrafi i jest to najprzyjemniejsza część realizacji budżetu. Widać to dobitnie w programach wyborczych, zarówno naszych faworytów jak i oponentów. Możemy się z nimi zgadzać lub nie, ale zdecydowana większość programów pokazuje nam miasto, Państwo czy przedsięwzięcie biznesowe, które jest ładne, zgrabne i spójne. Ile to będzie kosztowało, też nietrudno wyliczyć. W każdym sztabie wyborczym czy gospodarstwie domowym jest ktoś, kto ma kartkę, ołówek i potrafi sprawdzić ceny i podliczyć je w słupku.

Skąd na to wszystko wziąć? I to jest miejsce, gdzie nasza czujność powinna dać znać o sobie. Zdobycie środków finansowych to ciężki kawał chleba dla rodziców i przedsiębiorców a wręcz pięta achillesowa polityków i samorządowców. Czy słysząc obietnice wyborcze widzą Państwo szczegółowe źródła finansowania? Nie. Słyszą Państwo mityczne „zdobędziemy dotacje”. Zapytajcie „a skąd”? Z których funduszy? Czy i z kim rozmawialiście. To, że jedno miasto dostało to nie znaczy, że my też dostaniemy, bo może wysokość dochodu na mieszkańca nas dyskwalifikuje. „Weźmiemy kredyty”. Oczywiście, ale wszyscy wiemy, że kredyt jest dużo łatwiej zaciągnąć niż go później spłacić. A jeśli ktoś ma zaciągać kredyty to lepiej się upewnić, czy robił to już w przeszłości a następnie czy umiał redukować z sukcesem zadłużenie.

Trzy prawdy o budżecie mają charakter fundamentalny:

Dług trzeba zawsze spłacić. Zaciągając kredyt w domu zawsze zastanawiamy się czy będziemy mieli na jego spłatę. Politycy mają do tego luźniejszy stosunek, bo przecież kadencja nie trwa wiecznie i najwyżej zostawimy swojego następcę z tym zmartwieniem. To co trwa wiecznie to życie mieszkańców w danym kraju czy mieście. Na początku lat 70-tych pojawił się mesjasz polskiego socjalizmu w osobie Edwarda Gierka. Place budowy ruszyły, część granic się otworzyła, pojawiły się pomarańcze z Kuby, wczasy w Bułgarii i wiele towarów, o których za Gomułki można było tylko pomarzyć. Sfinansowano to tak gigantyczną akcją kredytową, że pod koniec lat 80-tych, obudziliśmy się z zadłużeniem, liczonym w dziesiątkach miliardów dolarów i nastrojami społecznymi, w wyniku których pewien generał odebrał dzieciom „Teleranek” a ulice miasta na kilkanaście miesięcy obstawił wojskiem.

Legendarna premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher powiedziała kiedyś „Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że coś komuś da, to znaczy, że zabierze Tobie. Rząd nie ma bowiem własnych pieniędzy”. Ta prawda jest uniwersalna i dotyczy również samorządu. Jeśli ktoś obiecuje, że w pierwszym roku -dwóch kadencji wyremontuje wszystkie ulice, otworzy żłobki, przedszkola, sprowadzi wybitnych nauczycieli do szkół, to znaczy … że będzie musiał na to wziąć spore kredyty. I z dużym prawdopodobieństwem skończymy z fajnymi ulicami, których nam nikt nie odśnieży, żłobkami i przedszkolami, w których nie będzie wystarczającej liczby opiekunów i rewolucyjnymi programami nauczania języków obcych w szkołach, które zostaną na papierze. Dlaczego? Bo zamiast na paliwo do pługów śnieżnych czy pensje dla przedszkolanek, będziemy wydawać kasę na spłatę kredytów. To oczywiście wizja czarno-biała, ale liczę na wyobraźnię czytelnika i przeanalizowanie jakie scenariusze mogą się wydarzyć. Dlatego też, słysząc samorządowca obiecującego takie rzeczy, ciśnie mi się na usta pytanie, które każdy z nas zadałby pilotowi małego samolotu turystycznego, siadając w fotelu obok niego – czy Pan na pewno wiesz co Pan robisz?

W domach, gminach, Państwach mamy tzw. pewne (lub w miarę pewne) źródła dochodu oraz tzw. potencjalne. Pewne lub w miarę pewne to podatki dla Państwa lub miasta i wynagrodzenie/emerytura/zasiłek w przypadku gospodarstw domowych. Potencjalne, to dotacje dla Państwa lub miasta oraz spadek po cioci Bożence w przypadku naszych domostw. Ciocia Bożenka, oby żyła jak najdłużej, musi najpierw zapisać nam swój majątek a następnie umrzeć. Podobnie z dotacjami – najpierw musimy wiedzieć, gdzie ich szukać, później dowiedzieć się, czy kwalifikujemy się do ich otrzymania a następnie udowodnić, że nasz wniosek jest dużo lepszy niż kilku innych aplikujących i to my powinniśmy zostać beneficjentem tych środków. A to nie zawsze jest tak proste jak przedstawiane jest nam to w programach wyborczych.

W tym miejscu pragnę przeprosić szanownych czytelników za zbytnią oczywistość i znaczne uproszczenia w powyższej części tekstu. Moją intencją było przedstawienie zagadnienia tak, aby każdy, łącznie z osobami stroniącymi od liczb i rachunków, otrzymał podstawowy obraz na czym w uproszczeniu polega praca z budżetem. W wielu naszych miastach czeka nas druga tura wyborów. Zachęcałbym Państwa do zadawania pytań Waszym kandydatom. I to zarówno tym, za którymi nie przepadacie jak i tym, których popieracie. Bez taryfy ulgowej dla żadnej ze stron. Pamiętajmy, że któreś z nich, zostanie już za chwilę Państwa pracownikiem. Tak, tak, burmistrz miasta jest opłacany z Państwa podatków, dlatego z logicznego punktu widzenia jest przez Państwa zatrudniany. A pracodawca przed zatrudnieniem upewnia się, czy kandydat na dane stanowisko ma odpowiednie kwalifikacje, aby daną pracę wykonywać.

Zacznijmy od pytań ogólnych „Ile to wszystko będzie kosztować i skąd weźmiemy na to pieniądze?”. „Z czego i kiedy spłacimy zadłużenie”, „Skąd Pan/Pani wie, że ten kredyt czy dotację dostaniemy? Czy rozmawialiście już z kimś na ten temat?”. I pytajmy, pytajmy, jeszcze raz pytajmy, aż do momentu, kiedy upewnimy się, że nasz albo opozycyjny kandydat odrobił pracę domową, zanim poprosił o nasz głos.

Na koniec pytanie, które muszę zadać sobie – co chciałbym, aby czytelnik wyniósł z lektury tego artykułu? Pewnie to, że tak jak wspomniałem, większość mechanizmów obowiązujących w zarządzaniu budżetem gminy jest identyczna jak te, którymi kierujemy się podejmując decyzje finansowe w naszych domach. Ale chyba mimo wszystko ważniejsze jest dla mnie inne przesłanie. 5 listopada obudzimy się w mieście, w którym kampania wyborcza dobiegła końca. W mieście, w którym wybrane władze, przez pięć lat będą realizowały swój program wyborczy. My mieszkańcy, zostaniemy w tym samym miejscu. W tych samych domach, poruszając się tymi samymi ulicami, robiąc zakupy w tych samych sklepach, odprowadzając dzieci do tych samych szkół i przedszkoli. Pamiętajmy, że będziemy spotykać się zarówno z tymi, którzy głosowali tak samo jak my jak i tymi, którzy głosowali inaczej. Będziemy musieli spoglądać tym ludziom w oczy, czasami przywitać się, czasami podać rękę w kościele i patrząc na sąsiada w ławce powiedzieć „pokój nam wszystkim”. Zgodzimy się chyba wszyscy, że świat, który nas otacza poddał się profesjonalnie przygotowanej indoktrynacji. Nie ma już Amerykanów – są zwolennicy i przeciwnicy Trump’a. Nie ma Anglików – są zwolennicy i przeciwnicy Brexit’u. Nasz kraj podzielił się na zwolenników i oponentów partii rządzącej. Cokolwiek zrobimy w tych ostatnich dniach kampanii, zróbmy to widząc po drugiej stronie nie wroga a człowieka, który ma po prostu inny pomysł na to miasto.

Życzę wszystkim mieszkańcom naszego Milanówka przemyślanych wyborów, zgodnych ze swoim sumieniem i zachęcam do wykorzystania tych ostatnich dni na rzeczową rozmowę z kandydatami zarówno w mediach, jak i na spotkaniach wyborczych.

Michał Walęczak