bibuła milanowska

jesteśmy blisko ludzi

Pochodzę z generacji dla której, tak jak dla pokolenia moich dziadków i rodziców, tatuaż był pewnego rodzaju oznakowaniem. Tatuowali się więźniowie i bandyci, istniały miejsca, gdzie wytatuowana kropka  dawała informację, w jakich przestępstwach, się wytatuowany specjalizuje. Więzienny tatuaż był informacją i po tym, o ile wyszli, ich się  poznawało. Tu nadmieniam, że nie tatuowali się więźniowie polityczni, tylko prawdziwi wyrokowcy. Do robienia tatuaży używało się tuszu kreślarskiego i igły, a nie używało dezynfekcji. Istniał też tatuaż erotyczny, czyli gołe baby z biustami na przedramionach i jak się napinało mięśnie, to się biust ruszał. Na plecach, popularne było ptactwo drapieżne, które machało skrzydłami,. Tatuowali się też wojskowi służby zasadniczej, ale zwykle były to imiona ukochanych i patriotyczne slogany. Tatuaż był kodem i wiele mówił o posiadaczu. Przeważnie tatuowali się mężczyźni z marginesu społecznego. Jest też tatuaż historyczny, który w postaci numeru, mieli więźniowie obozów koncentracyjnych. Widziałam starszych ludzi z wytatuowanym przedramieniem i do dziś pamiętam. Trudno więc, żeby mi się tatuaż dobrze kojarzył. Poza tym okropnie wyglądają fioletowe ręce, torsy i nogi, pokryte brzydkimi bazgrołami.

Łatwo się domyśleć, że posiadacz- masochista lubi jak go boli, ma kasę i nie ma żadnych innych argumentów, żeby zaistnieć, oraz, że pewnie, wytatuowane ma wszystko i chętnie pokazuje. Jak przeważnie, jestem w Sopocie, gdzie z rozkoszą korzystam z kąpieli i ćwiczeń w wodzie solankowej, którą odkrył dr. Haffner w XIX wieku. Idąc  muszę przeciąć Monciak i główny plac, czyli przedrzeć się przez tłumy, jak na procesji. Jestem na tyle rozpoznawalna, że większość chce mieć ze mną zdjęcie, a nie umie zrobić. Wymaglowana siadam na ławce i patrzę, bo taki weekendowy tłum, to jak wizyta w gabinecie krzywych luster,  Mężczyźni, to przeważnie wytatuowane, łyse potwory.  Kobiety wszystkie takie same, w swojej grupie wiekowej. Ten wstęp, po to, żebym mogła opisać najbardziej zaskakujący tatuaż pewnego grubasa z tyłkiem jak kufer Alladyna. Mianowicie, na tyle łydek wielkości świńskiego uda, miał trupie, realistyczne czaszki naturalnej wielkości, oplecione ornamentami roślinnymi. Minimum pół roku pracy, wrażenie obrzydliwe. A może dlatego czaszki były z tyłu, że wrażliwy grubas nie chciał na nie patrzeć? Po co ktoś sobie tatuuje coś z tyłu? Sam, nigdy nie widzi, a denerwuje rozsądne osoby idące za nim? Jak straszny będzie za 30 lat, widok zatatuowanych kompletnie staruszków z kurzymi piersiami ozdobionymi sercami i sztyletami, wiszącymi na brzuchu. Co się stanie z czaszkami grubasa? A wizyty u lekarza, który będzie mierzył ciśnienie obwisłemu żaglowcowi, a dawał zastrzyk w zwiędłą  różę na wychudzonym pośladku? Nikt o tym nie myśli. Znajomi poprosili mnie o pomoc, bo ich córka zwariowała i chce się wytatuować w sceny z Matrixa. Śliczna, blond szesnastolatka, a głupia i bez wyobraźni. Ja rozumiem, żeby w Bitwę pod Grunwaldem, ale po 10 latach nikt nie będzie o Matrixie pamiętał. Poszłyśmy na lancz i roztoczyłam przed nią apokaliptyczną wizję obwisłej staruszki na badaniach lekarskich i nogi z żylakami, pokryte esami- floresami. Okazało się, że o tym nie myślała, a jak pomyślała, to sobie wytatuowała 3 małe serduszka na przedramieniu. Chyba bym zwariowała, musząc patrzeć co dzień, na serduszka, ale lepiej niż na jakiegoś potwora. Zapomniałam napisać o tatuażach etnicznych, afrykańskich i południowo- amerykańskich, które są częścią stroju i maja znaczenie rytualne. A może, ten z czaszkami na łydkach, to kościelny noszący krzyż na pogrzebach i wtedy, czaszki też są rytualne.

Hanna Bakuła

malarka, pisarka, felietonistka