bibuła milanowska

jesteśmy blisko ludzi

    Milanówek miasto-ogród jak każdy ogród, powinien mieć wodę stojącą lub płynącą. Większość ogrodów posiada wodę, to naturalne. Takim oczkiem wodnym od lat 70-tych ubiegłego wieku do niedawna, był milanowski basen odkryty. Podkreślam słowo odkryty, bo każdy, kto lubi pływać wie, jak fajnie jest pływać pod otwartym niebem. Podkreślam także słowo otwarty, dlatego, że basen pod gołym niebem to gatunek zagrożony wyginięciem.

Baseny odkryte można znaleźć gdzie nie gdzie, na terenie Mazowsza tu i tam, ale ich występowanie jest niezwykle rzadkie.
Dzieję się tak właściwie z jednego powodu-kosztów. Po stronie przychodów pozwolę sobie wymienić: rekreację, relaks, sport, integrację mieszkańców, możliwość organizacji różnych imprez. Z racji tego, że basen czynny jest 3 miesiące w roku, maksymalne koszty ograniczają się do tego okresu, po za tym można zminimalizować straty organizując tam imprezy dla mieszkańców, promocję miasta, powód by tu przyjeżdżać, wspaniałe miejsce dla dzieci z matkami na czas letni etc. Bilans dla mnie jest oczywisty, Milanówek powinien mieć basen, skoro już jest i świetnie nam towarzyszył przez ostatnie dekady, po prostu dla ogólnego dobra.

Dawniej dla mnie był akwenem ogromnym jak morze, z wieloma wspaniałymi przeżyciami. Milanowski Mike Tyson, niejaki “Bolek” wjechał kiedyś do niego motorem marki MZ. Szkoda, że nie Rolls Royce’m, ale akurat w tamtych latach samochody tej marki nie występowały w kraju, zbyt często w okolicach basenów.
Tam też zobaczyłem prekursorów tatuażu spontanicznego. Słynny “Ziemniak” miał wytatuowany na całych plecach napis WIDEO, przez duże W, zapamiętam ten widok po kres.

W błękicie basenu z przyjacielem z dzieciństwa, Grześkiem L – podróżnikiem, jako posiadacze masek do nurkowania podziwialiśmy wdzięki pewnej Moniki. Z tą przewagą, że my z perspektywy Jaquesa Coustou, to znaczy pod wodą, reszta obywateli z powierzchni basenu. Obecny mecenas Michał zawsze w rogu trybun, przy słupkach, rozgrywał partię brydża wraz z podobnymi sportowcami – mózgowcami. Ja wraz z kolegą Grzegorzem byliśmy beneficjentami posiadania wspomnianych masek do nurkowania nie tylko ze względu na Monikę, ale także dla tego, że po całym dniu spędzonym na miejskim basenie, zawsze mieliśmy wyłowione tyle drobnych, ile ludzie przez tydzień wrzucają do fontanny De Trevi w wiecznym mieście Rzymie. Stąd następował zwrot kosztów spędzania letniego czasu na basenie miejskim a także starczało nam na bilet do kina Orzeł, gdzie po raz 16-sty mogliśmy obejrzeć Indiana Jones, “Poszukiwaczy zaginionej arki “. Nawiasem mówiąc, widziałem ten film więcej razy niż monumentalny obraz z ubiegłej dekady, “To nie jest kraj dla starych ludzi”, który nawiasem mówiąc, serdecznie polecam 🙂

Basen letni jest czymś ciekawym socjologicznie. Otóż według mojej teorii basen miejski, jako obiekt pożądany i o określonych wymiarach zacieśnia ludzkie relacje, wszyscy są półnago i wolą być w tym stanie razem, niż szwendać się bez celu w czasie upału po mieście. Druga sprawa, to trochę rehabilitacja po polskiej zimie, gdzie wszyscy opatuleni w koce, siedzą sami przed jakimiś monitorami, czekając na kolejny rachunek z PGNiG. Po latach wróciłem na basen z córką, było zimno, ostanie dni lata.

Błękit toni basenu zmienił się w przejrzystą szarość z powodu braku wewnętrznego pigmentu, zupełnie jak na mojej skroni.
Córka Pola, mimo otaczającej nas pustki, oraz jako miłośniczka wody była zachwycona. Popływałem z nią oczywiście, pokazując jak się skacze „łamanym” oraz wspominając stare historie taty pierdziela. Nie wyobrażam sobie tego miejsca z zabudową developerską, bo wierzę, że uda nam się je obronić. Mam nadzieję, że nie zanudziłem Państwa tym sentymentalnym brzmieniem, ale na Boga, jako pensjonariusz miasta ogrodu, wzywam: SIOSTRO BASEN!

Witek Mossakowski

Zdjęcie autorstwa Michała Rawy (mecenasa z artykułu)